Litwa jako ostatni kraj w Europie przyjęła chrześcijaństwo i do dziś w jej kulturze wyraźnie widać ślady wcześniejszych wierzeń. Nie są one zamknięte wyłącznie w muzeach czy podręcznikach historii, lecz nadal funkcjonują w codziennym życiu — często w sposób, który może zaskakiwać przyjezdnych.
Zauważyłam to szczególnie po przeprowadzce z Polski na Litwę. Spotykam tu osoby noszące imiona takie jak Austėja czy Gabija, będące imionami bałtyckich bogiń, a także imiona inspirowane naturą: Ažuolas, Vakaris, Saulė czy Ramunė. Te pozornie drobne elementy codzienności stanowią dla mnie dowód, że dawne wierzenia na Litwie są znacznie silniejsze i bliższe niż się spodziewałam.
Nie widzę więc nic dziwnego w tym, że Romuva – bałtycka wspólnota religijna działająca na Litwie, zarejestrowana w 1992 roku – w grudniu 2024 roku uzyskała decyzją sejmu status oficjalnej organizacji religijnej. Od tego czasu możliwe stało się między innymi zawieranie małżeństw w tym obrządku, mających takie same skutki prawne jak ślub cywilny. Wiąże się to również z przywilejami przyznawanymi organizacjom religijnym, takimi jak zwolnienia podatkowe czy ubezpieczenia dla kapłanów.
Ja jednak wzięłam taki ślub rok wcześniej, ponieważ mój mąż jest rodzimowiercą. Nasz ślub nie miał skutków prawnych, dlatego wcześniej zawarliśmy związek cywilny. Tydzień później pojechaliśmy do miejscowości Dvarčiškiai, gdzie znajduje się święte miejsce Romuvy. Dla porządku dodam, że ceremonie ślubne w tym obrządku można zawierać na dowolnym piliakalnisie.
Ślub odbywał się latem, więc biała, lniana sukienka, zamówiona specjalnie na tę okazję, okazała się bardzo wygodnym wyborem. Do tego miałam juostę w moich ulubionych kolorach. Najpierw odbyły się przygotowania. Mój ówczesny narzeczony, a dziś mąż, należy do zespołu Kūlgrinda, wykonującego rytualne pieśni, dlatego czułam, że jego znajomi potraktowali nas po królewsku. Dziewczyny przygotowały dla mnie kolorowy bukiet i posadziły mnie na ozdobionym krześle na wolnym powietrzu, aby nałożyć mi na głowę równie barwny wianek.

Następnie zostałam odprowadzona do narzeczonego i razem z kapłanką Iniją Trinkūnienė zatrzymaliśmy się przy ołtarzu wodnym, by poprosić o błogosławieństwo. Było to dla mnie zaskakujące doświadczenie – ołtarzem okazała się skała z wydrążonym zagłębieniem wypełnionym wodą. Wystarczyło położyć dłonie na kamieniu i powtórzyć słowa modlitwy.

Kolejnym etapem było przejście do najważniejszego ołtarza – paleniska, w którym rozpalono ogień Gabiji, opiekunki ogniska domowego. Każdy z ołtarzy był pięknie ozdobiony świeżymi, polnymi kwiatami. Samo przejście miało symboliczny charakter: przeszliśmy pomiędzy zebranymi, którzy stanęli po dwóch stronach, tworząc ścieżkę, a nad naszymi głowami unieśli juosty, pod którymi musieliśmy przejść.
Gdy ogień już płonął, prowadząca ceremonię zawiesiła nasze obrączki na plecionej wstążce i trzymała je nad ogniem Gabiji, wypowiadając słowa modlitwy. Następnie wymieniliśmy się obrączkami – jak sądzę, w każdym obrządku jest to moment szczególnie wzruszający.

Nie tylko obrączki miały nas połączyć. Kolejnym elementem było symboliczne obwiązanie naszych rąk juostą. Inija oprowadziła nas trzykrotnie wokół ognia, a zebrani obsypywali nas ziarnem na szczęście i powodzenie. Towarzyszyła temu muzyka grana na dudach. Po trzecim okrążeniu kapłanka wypowiedziała słowa błogosławieństwa, które wszyscy zgromadzeni powtarzali. Oboje mieliśmy przygotowane własne przysięgi: mój mąż wypowiedział swoją po polsku, a ja po litewsku. Modliliśmy się do Perkūnasa i Gabiji. Ogromnie poruszył mnie prezent zespołu Kūlgrinda, który zaśpiewał dla nas modlitwę do Gabiji również po polsku.

Następnie podano nam do picia ceremonialne naczynie – dwa połączone ze sobą weselne kielichy – a potem z mężem częstowaliśmy się nawzajem miodem. Zebrani wokół ołtarza kolejno składali nam życzenia i wrzucali pył do ognia. Każda z obecnych osób napiła się także z jednego naczynia, podawanego z rąk do rąk.

Na tym etapie oficjalna część ceremonii dobiegła końca, jednak warto wspomnieć o prezentach, które otrzymaliśmy. Były to bursztynowe naszyjniki z wygrawerowanymi datami naszych urodzin według starożytnego bałtyckiego systemu, opartego na układzie gwiazd. Więcej na ten temat można dowiedzieć się na przykład w muzeum bursztynu w Kłajpedzie. Naszyjniki mamy do dziś. Choć obrączkę noszę codziennie, a naszyjnik tylko od czasu do czasu, oba przedmioty darzę podobnym sentymentem.
Oprócz nich dostaliśmy także plecione laleczki, które – zgodnie z tradycją – mają zapewnić nam zgodne małżeństwo i dobrobyt. Dołączono nawet instrukcję, gdzie należy je przechowywać w domu. Dopiero wtedy, już jako małżeństwo, mogliśmy w końcu zasiąść do weselnego stołu na wolnym powietrzu.
Historia Litwy pokazuje, że dawne wierzenia nie zniknęły wraz z przyjęciem chrześcijaństwa, lecz przetrwały w zmienionej formie. Przez wieki funkcjonowały na marginesie oficjalnej religii, by we współczesnym państwie ponownie zyskać społeczne i prawne uznanie, czego przykładem jest status wspólnoty Romuva. Opisana ceremonia ślubna stanowi jeden z wielu dowodów na to, że tradycje te nie są jedynie elementem folkloru, lecz żywą praktyką, osadzoną w codziennym doświadczeniu ludzi żyjących dziś na Litwie.

Autor: Justyna Ida Candravičienė